Sprawa blogerki
Dziś zaczynam od wypowiedzi Kataryny – głośnej ostatnio blogerki. W tym fragmencie mowa o tym, czy dalej będzie pisać bloga:
Nie, to już byłby koniec. Nie mogę sobie wyobrazić pisania tego, co piszę i robienia tego, co robię zawodowo. Tego się nie da połączyć. A z bloga jest mi łatwiej zrezygnować. Zresztą anonimowość daje mi ogromną swobodę. Bez tego założyłabym sobie kaganiec, żeby nie narazić się na procesy. I tak więc, to byłby koniec bloga.
Po przeczytaniu go przed chwilą na blogu Grzegorza Marczaka poczułam pewien zgrzyt.
Primo. Kataryna pisze, że nie wyobraża sobie pisania bloga przy tym, czym zajmuje się zawodowo. Przez ponad 3 lata nie było z tym problemu.
Secundo. Blogerka uważa, że anonimowość dała jej ogromną swobodę. Bez niej mogłaby być narażona na procesy. Smutne to. Bo oznacza, że Pani która piastuje fukcję prezesa fundacji zajmującej się społeczeństwem obywatelskim uważa, że człowiek nie musi brać odpowiedzialności za to, co robi. Odpowiedzialność za swoje słowa ponosi się niezależnie od tego czy publikuje się w internecie czy nie, pod pseudonimem czy własnym nazwiskiem.
Tertio. To niesamowite, że ktoś jeszcze wierzy, że może pozostać anonimowy w internecie. Szczególnie osoba zaangażowana społecznie i wykształcona.